O autorze
Dziennikarz i entuzjasta automobilizmu. Prezenter Wiadomości Radia ZET i brzydsza połowa duetu ZET za kółkiem. Wielbiciel aut wszelkich - szybkich i drogich, tanich i wolnych - bo w każdym jadą inne emocje.

instagram.com/michal_adamiuk
twitter.com/MichalAdamiuk
facebook.com/ZETzakolkiem

O co chodzi z Toyotą C-HR?

Toyota C-HR Hybrid
Toyota C-HR Hybrid fot. Michał Adamiuk
Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom. Jest wśród nich fenomen Toyoty C-HR, na którą ludzie rzucili się jak na pączki w Tłusty Czwartek. U mnie zostawia raczej niesmak.


Idea była zacna. Zrobić Toyotę, której będzie pożądać ktoś więcej niż ludzie, którzy nie lubią samochodów, ale muszą jakiś mieć. To pomysł. Realizacja? Weźmy co mamy najlepszego - technologię hybrydową, futurystyczny design z Lexusa i odrobinę luksusu z tegoż. Toyota chyba chciała też mieć swojego Juke`a, ale w trakcie smażenia pączek spuchł i C-HR przerosła Nissana. Jest dłuższa o 21 cm i ma sporo większy rozstaw osi (2640 mm). Pękate nadwozie, które mi przypomina wielkiego owada nie ma jednak odbicia we wnętrzu. Compact - Hybrid Revolution kompaktem jest tylko z nazwy, bo w środku miejsca ma nie więcej niż w Yarisie, a z tyłu jest ciasno jak w transporterze opancerzonym Rosomak. Podoba mi się łatwość znalezienia pozycji za kierownicą, mimo, że w C-HR siedzi się wyjątkowo wysoko. Bagażnik też ma całkiem godny – 377 litrów.


Hybrydowa C-HR subiektywnie wydaje się szybsza niż w rzeczywistości, bo w istocie - powiedzmy sobie szczerze - możliwości nie ma oszałamiających. Pierwszą setkę osiąga w 11 sekund. Drugiej nie osiąga wcale, bo maksymalnie pojedzie nieco ponad 170 km/h (będąc najwolniejszą wersją tego modelu). Układ napędowy ma sumie 122 KM, z czego 98 dostarcza niewysilony silnik 1.8. Szkoda, że motor elektryczny swoje trzy grosze dorzuca na przednią oś, a nie - jak w hybrydowej RAV4 - dołącza napęd tylnych kół. 4x4 można mieć tu tylko z silnikiem 1.2 Turbo.


Jeśli komuś nie przeszkadza czułość układu kierowniczego porównywalna z konsolą do gier, to jeździ się tym całkiem przyjemnie. Do momentu aż nieopatrznie nie przyjdzie do głowy wyjechać w trasę. Skrzynia CVT zmienia życie w koszmar. Silnik wyje, auto nie jedzie, uszy krwawią. Na faceta, który wpadł na pomysł wkładania bezstopniowych skrzyń biegów do samochodów czeka już rozgrzany kocioł w piekle. Trzeba jednak przyznać, że C-HR ze swoimi słabościami jest jednak uczciwa i cierpienia wynagradza oszczędnością. Przy spokojnej jeździe w mieście bez problemu zejdzie do 4 litrów na 100 km, a ostro poganiana autostradą spali niecałe 7. Hybryda ma jeszcze jeden plus. Na pierwszych kilku metrach spod świateł wygracie z każdym. Dzięki temu, że ruszając, od razu mam pod butem pełną moc elektryczności, C-HR startuje jak rakieta.



Toyota stara się przekonać nas, że C-HR to coś bardzo przełomowego i luksusowego, ale trochę skór na obiciach wnętrza nie czyni jeszcze z niego Lexusa. Fakt, wyposażyła go we wszystko co się dało (łącznie z podgrzewaną kierownicą), a najróżniejszych czujników jest tu tyle, co bakalii w keksie, to jednak wszystko razem jakoś się nie klei. Korzystanie z fabrycznej nawigacji grozi obłąkaniem. Jej interfejs, przyjazność obsługi i inteligencja godne są mrocznych lat `90. Lepiej wyciągnąć papierową mapę albo zostać w domu, a już na pewno nie dopłacać za ten system 2500 zł. Tak dochodzimy do sedna. C-HR byłby sensownym autem, gdyby kosztował z połowę mniej. Na hybrydę w wersji Prestige trzeba wydać ponad 130 000 zł. Za tyle mogę mieć MINI Countrymana i to wcale nie najbiedniejszego. Samochód naprawdę klasy premium, a nie próbujący udawać takie auto. Nie mam pojęcia o chodzi z Toyotą C-HR. Ludzie chyba po prostu pożerają ją oczami. Niestrawność to już inna sprawa.












Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...