O autorze
Dziennikarz i entuzjasta automobilizmu. Prezenter Wiadomości Radia ZET i brzydsza połowa duetu ZET za kółkiem. Wielbiciel aut wszelkich - szybkich i drogich, tanich i wolnych - bo w każdym jadą inne emocje.

instagram.com/michal_adamiuk
twitter.com/MichalAdamiuk
facebook.com/ZETzakolkiem

Sport i turystyka, czyli Porsche z plecakiem

Porsche Panamera Turbo Sport Turismo
Porsche Panamera Turbo Sport Turismo fot. Michał Adamiuk
Jeśli zamierzasz rozsądnie wydać 800 000 zł, samochód raczej nie trafi na szczyt listy zakupów. Apartament? Jacht? Upadająca fabryka? Kupując niemoralnie kosztowną Panamerę Turbo Sport Turismo inwestujesz co najwyżej w swoją próżność.


Ortodoksi znów mają okazję do rozdzierania szat. Po SUV-ie, dieslu i hybrydzie w Porsche padł kolejny bastion. W Zuffenhausen powstało pierwsze w historii kombi (nie licząc Audi RS2, w którym ponad 20 lat temu Porsche mocno zamoczyło palce). W firmie nikt oczywiście nie przyzna tego głośno, bo przecież tak plebejskie nadwozie nie przystoi szacownej marce. Może i słusznie, bo Panamerze Sport Turismo ze skromnością na pewno nie po drodze.

Kiedy odbieram ją do testu ciężko mi ogarnąć jej rozmiary. Jest tak ogromna, że zasługuje na własny kod pocztowy. Jadąc 5-metrowym kolosem przez miasto jestem słoniem w składzie porcelany. W parkowaniu pomaga rzecz jasna znakomity system kamer (jest ich tu więcej niż u dobrze wyposażonego youtubera), ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że jestem o pół numeru większy od reszty aut. Gdzieś w końcu trzeba było zmieścić to całe Bizancjum. Trudno wyobrazić sobie jakiś element wyposażenia, którego w tym aucie nie ma. Brakuje chyba tylko masażu w rewelacyjnych fotelach z pełną regulacją kilkunastu parametrów. „Wszystkomająca” Panamera potrafi nawet rozświetlić mrok – obraz z kamery na podczerwień mogę wyświetlić obok obrotomierza. Masażu może i nie ma, ale Porsche zdecydowanie postawiło na dotyk. Nowy system multimedialny wyrugował z kokpitu prawie wszystkie fizyczne przyciski. Przyznam, że się tego bałem, bo jak do tej pory tylko Volvo udało się stworzyć nieirytujący, funkcjonalny dotykowy system obsługi. Tu jest co najmniej równie dobrze. Wciskam wirtualne guziki, a pod palcem czuję (i słyszę) jakby istniały naprawdę. Niebywałe.


Sunę tym gigantem po ulicach i zza kierownicy czuję też, że to zawodnik wybitnie ciężkiej wagi. Jak w pysk strzelił prawie dwie tony. Trudno zamaskować tę masę nawet tak mocarnym silnikiem. Niby wiesz, że masz pod butem gotową do akcji 4-litrową V8-kę biturbo. Wiesz, że jej 550 koni katapultuje Cię do przodu szybciej niż 99% aut spotkanych na drodze. A jednak w Panamerze Turbo mam wrażenie jakiejś ociężałości w reakcjach silnika i zmianach kierunku. Grubas lubi też sporo połknąć. W mieście średnio 26-29 litrów na setkę. Mimo wyjątkowo chętnie włączającego się systemu start/stop i odłączaniu czterech cylindrów przy małym obciążeniu silnika (w cyklu mieszanym zszedłem poniżej 15/100).


Rozczarowanie? Niekoniecznie. To tylko jedna z twarzy tego auta i to wcale nie ta najszczersza. Tak bowiem zachowuje się Panamera Turbo w trybie jazdy Normal (choć Porsche powinno raczej nazwać go np. Chillout...). Kiedy przestawiam pokrętło na kierownicy w pozycję Sport – w Panamerę wstępuje demon. Pierwszy objaw opętania? Każde muśnięcie gazu wywołuje pod maską wybuch bomby atomowej. Nagle Panamera jakby schudła o połowę, stała się wegan i fit. A przy tym nadal miała 550-konne serce i żywiła się surowymi stekami. Ze słonia w składzie porcelany staje się zwinną baletnicą. Niezłe przebranie. Przyspiesza tak, że przytykają się uszy (wg fabryki – 3,6 sekundy do 100 km/h), a układ kierowniczy zyskuje bezpośredniość gokarta. Zawieszenie utwardza się i obniża, a wydech pod obciążeniem grzmi niczym lipcowa burza. Muzyka dla uszu. To jednak tylko preludium. Uciekam na autostradę.


Przysięgam, nie jeździłem niczym co przy wysokich prędkościach jest tak stabilne jak Panamera Turbo Sport Turismo. Pod tym względem nawet 911 czy Cayman wysiadają. Zero nerwowości, niepewności czy stresu. W rewirach prędkościomierza daleko wyprzedzających zdrowy rozsądek prowadzę to auto w pełni zrelaksowany. Szybkość jest w nim kompletnie nieodczuwalna, bez rzutu oka na zegary nie sposób jej oszacować. Panamera trzyma się asfaltu jak polski polityk stołka. Swoją rolę grają tu proporcje. Niska, szeroka na prawie 2 metry, z niemal 3-metrowym rozstawem osi przypomina płaszczkę. Na 21-calowych felgach nie ma opon tylko prawdziwe walce, szerokie na 27,5 cm. Adaptacyjny spojler na szczycie klapy bagażnika potrafi wygenerować do 50 kg docisku, a napęd na 4 koła jest standardem we wszystkich Panamerach z nadwoziem Sport Turismo. Ma wyraźną preferencję tyłu, więc nadsterowny poślizg na mokrym asfalcie może przyjść łatwo jak kiwnięcie palcem u stopy. Ceramiczne hamulce wydają się tu koniecznością (prędkość maksymalna 304 km/h), ale też nie robią tak piorunującego wrażenia jak w 911.


Elastyczność aluminiowego silnika jest fenomenalna. Mimo wsparcia w postaci dwóch turbin przypomina charakterystyką motor wolnossący i nawet w trybie Sport zaczyna prawdziwe życie od 3-4 tysięcy obrotów. Układ wydechowy, owszem potrafi przestraszyć przechodniów, ale tylko przy mocnym otwarciu przepustnicy. W przeciwnym razie zachowuje się bardzo kulturalnie. Panamera jest przy tym doskonale wyciszona...i nagłośniona 21-elementowym systemem Burmester. "Mister HighEnd" przygotował tu znakomite audio. Możesz jechać z dowolną prędkością, a każda nuta sączącego się z głośników jazzu będzie słyszalna. System ma też algorytmy, które mają poprawiać skompresowane nagrania z mp3 czy serwisów streamingowych.


Minusy? W „moim” egzemplarzu chyba lekko świrowała elektronika, ale być może to jeszcze choroby wieku dziecięcego. Kilka razy zdarzyło się, że 8-biegowa skrzynia PDK w trybie manualnym odmawiała wrzucenia „dwójki” - obroty sięgały czerwonego pola, wywołując popłoch na ulicy. Nie udało mi się też zmusić Panamery do trwałego wyłączenia opcji „komfortowego wsiadania”, która automatycznie odsuwa fotel i kierownicę przy każdym otwarciu auta.


Nie dajcie się zwieść. Panamera Turbo Sport Turismo może i dostała praktyczniejsze nadwozie (bagażnik 520-litrów), ale nie jest to kolejne Porsche w stylu firmowego Cayenne z kratką dla prezesa, który odliczy je od podatku. To wybitne dzieło inżynierii, superauto zamknięte w ciele kombi.


























Trwa ładowanie komentarzy...