Ford S-Max Vignale. Jakby luksusowo

Ford S-Max Vignale 2.0 TDCi
Ford S-Max Vignale 2.0 TDCi MA
Siedzę w kremowym skórzanym fotelu, przeszywanym w charakterystyczny, sześciokątny wzór. Nie jest przesadnie miękki, raczej z tych sprężyście twardych. Kilka kliknięć i po chwili jest dopasowany tak, jak najlepszy sportowy kubełek. Inaczej wyobrażałem sobie pierwszy kontakt z linią Vignale.

Krótko: spodziewałem się kanapowego luksusu, a dostaję sport. Czy to źle? W żadnym razie! Kupując dużego vana wysyłasz światu jasny komunikat: jestem głową rodziny, mam żonę i gromadkę dzieci. To im ma być wygodnie, nieważne, że mój samochód wygląda jak pawilon i prowadzi się jak ponton. Czapki z głów dla entuzjastów motoryzacji, którzy potrafią dostosować się do rodzinnych realiów. Dla pozostałych Ford stworzył S-Maxa – vana, który nie odbiera przyjemności z prowadzenia.


Ten dodatkowo został ubrany w szaty z górnej półki. Podobnie jak kiedyś w wersjach Ghia, teraz Ford sięgnął po inną szacowną markę. Powstała po wojnie Carrozzeria Alfredo Vignale wytwarzała wyjątkowe nadwozia dla Ferrari, Maserati czy Alfy Romeo. Po kilku zmianach właścicieli, od 1973 roku marka należy do Forda. Wprawdzie S-Max nie dostał skrojonej na miarę karoserii, ale zdecydowanie odróżnia się od „zwykłych” Fordów. Finezyjna atrapa, trochę chromu i emblematów, parę listew, nowe wzory felg i paleta lakierów. Tylko tyle, a wystarczy by Vignale zaczął wyglądać na dużo droższe auto. Precyzyjniej: droższe niż Ford, bo od zwyczajnego S-Maxa w istocie kosztuje sporo więcej (ok. 30 tys zł).



Jeszcze lepsze wrażenie robi w dotyku. Ręcznie szyta tapicerka, deska obita skórą i wspomniany już charakterystyczny wzór przeszyć foteli. Nie do wiary jak lepsze materiały potrafią odmienić wnętrze. Ok, nie poczujesz się tu jak w Audi czy innej marce premium, ale też nie czujesz się tu jak w Fordzie. Jego wyposażenie jest praktycznie kompletne. Nie wiem co jeszcze mógłby mieć samochód tej klasy. Jedyne co przychodzi mi do głowy to bezprzewodowa ładowarka do smarftona i system kamer 360 stopni (jest za to - oprócz tylnej – także przednia kamera uruchamiana osobnym przyciskiem, ostatni raz widziałem to chyba w jakimś BMW). Gigantyczne wrażenie robią fotele - podgrzewane i klimatyzowane. Mają aż 10 parametrów regulacji i genialny masaż – nie tylko w oparciu, ale i w siedzisku. Wreszcie Ford ma też system multimediów godny XXI wieku – z fantastyczną grafiką i szybkim działaniem.



Dość zachwytów nad prezencją, przecież najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Pod eleganckim płaszczem Vignale chowa strój na W-F i buty do biegania!



Wciskam przycisk startera i kompletnie nie słyszę, że pod maską burczy 2-litrowy diesel TDCi. Vignale jest świetnie wyciszony. 180 koni nie robi z niego sprintera, ale całkiem szybkiego maratończyka już owszem. W dodatku niewrażliwego na pogodę, bo z napędem na 4 koła. Bezcennym uczuciem jest startowanie nim jak z katapulty, kiedy auta obok bezradnie grzebią w pośniegowej brei. Autem wielkości domu jednorodzinnego! Tu tkwi sedno jego „fajności”. Zza kierownicy w ogóle nie czuję jego ogromnych rozmiarów. S-Max prowadzi się jak osobówka. Na komendy, które wydaję mu kierownicą reaguje jak znacznie, znacznie mniejsze auto. Ford od dawna jest mistrzem w dostrajaniu zawieszeń i układów kierowniczych, a Vignale tylko to potwierdza. Na zakrętach nie drażni błędnika, prowadzi się pewnie i posłusznie.



Zabrzmi to absurdalnie, ale na drodze S-Max jest samochodem całkiem... zwinnym. Przy masie ponad 1800 kg to naprawdę duża rzecz. Szybki automat z łopatkami działa bardzo dobrze, a hamulce dają ponadprzeciętne czucie i precyzję nacisku. Czasem też Vignale może wyręczyć Was w naciskaniu hamulca. Naszpikowany elektronicznymi asystentami, dzięki współpracy tempomatu, kamer rozpoznających znaki i nawigacji, sam zwolni gdy zauważy ograniczenie prędkości. Jest jak siedząca obok żona, która pilnuje, by nie szaleć za kółkiem. Ma przy tym nad nią jedną małą przewagę – system zawsze możecie wyłączyć... Choć tego akurat nie polecam, S-Max ukradkiem rozpędza się szybciej niż można się tego spodziewać...

Rodzinnej awantury unikniecie przy pakowaniu, bo przy wszystkich cechach cieszących kierowcę Vignale nie żąda kompromisów w temacie praktyczności. Jeśli potrzeba, weźmie na pokład 7 osób, a jeśli nie potrzeba – to przy 5 fotelach zmieści 700 litrów bagażu.



Dla mnie ten samochód nie ma konkurencji, nie widzę dla niego rywala na rynku. Pokażcie mi innego vana tej wielkości, tak wykończonego i dającego tyle przyjemności z prowadzenia. Jasne, jakkolwiek dobry by nie był, zawsze pozostanie tylko bardzo dobrze doposażonym Fordem. A ja i tak będę się upierał, że można w nim poczuć lekki posmak luksusu. Przemawiają za tym detale. Choćby praca wycieraczek - w życiu nie słyszałem tak cichych! Nie musicie fatygować się po niego do salonu. Możecie umówić się z dealerem przed swoim garażem albo nad brzegiem morza. Tyle, że... znacznie przyjemniej będzie pojechać tam już S-Maxem Vignale...



Trwa ładowanie komentarzy...